— Targówek...
Katarzyna, że zwątpiła, czy sprosta zadaniu, i czy jej się co nie popłacze. Zło rodzi zło. Żeby ich wszystkich jaka zaraza chwyciła!
— Jak długo będzie mnie prześladowała kara boska! — bluźniła bez pokory.
I ni stąd, ni zowąd, po przejściu jednej trzeciej drogi przez pola w stronę wiaduktu, patrząc na skaczące to tu, to tam plecy Elwirki, ciotka Katarzyna wspomniała swego Niemca, żołnierza pierwszej wojny światowej, ojca jej dziecka, poczętego w nocnych rowach strzeleckich gdzieś pod Warszawą.
Niemiec w nagłym wspomnieniu ciotki Katarzyny nie miał kształtów, tym bardziej twarzy i koloru włosów. Był Niemcem, który ją kiedyś tak nieszczęśliwie zapłodnił. Liczył się bardziej jako winowajca niż nawet rzecz. Liczył się jako historia, która się zaczęła w rowach strzeleckich i w nich się skończyła, bez dalszego ciągu. Niemiec tuż po zapłodnieniu ciotki gdzieś przepadł i ciotka, która wprawdzie miała już wtedy długi nos i mysie oczka, brodawki jak jesienne borówki i dużo tłuszczu pod jędrną skórą, nie domyśliła się nawet, że została nieślubną wdową między czwartkiem (czas zapłodnienia) a sobotą (planowany termin ponownego spotkania w rowach strzeleckich gdzieś pod Warszawą). Przez jakiś czas liczyła na powrót Niemca, szykowała wyprawę w dużej skrzyni, ale Niemiec nie wrócił, bo nie mógł.